wtorek, 27 sierpnia 2013

Rodzinny sierpień - Moherowe Klify i Connemara

Po intelektualnych atrakcjach Dublina, wybrałyśmy się z Duśką na zachodnie wybrzeże. W wyprawie towarzyszyły nam dwie znajome - moja koleżanka z pracy oraz koleżanka koleżanki. Jednym słowem - dziewczyński wypad. Z Dublina wzięłyśmy auto i ruszyłyśmy na Zachód. W dwa dni zrobiłyśmy w sumie 750 km.



Na początku zatrzymałyśmy się na zwiedzanie i obiad w Galway. To urocze miasteczko, według przewodnika Lonely Planet "najbardziej irlandzkie z irlandzkich miast". Ponoć również najbardziej deszczowe, ale nam - na szczęście - nie było dane tego doświadczyć, pogoda była piękna. Nazwa miasteczka pochodzi od irlandzkiego słowa gaill, które oznacza tyle co "obcy" lub "cudzoziemcy", a odnosi się do historii Gallway, które urosło w siłę w XIII wieku, gdy na wyspę przybyli Anglonormanowie. 


Pochodziłyśmy po średniowiecznych, ludnych uliczkach, zajrzałyśmy do portu i znalazłyśmy knajpkę na lunch - bez owoców morza się nie obeszło.


Następnie ruszyłyśmy w dalszą drogę, do Doolin, w hrabstwie Clare. Ta niewielka wioseczka jest nawiedzana przez rzesze turystów, ze względu na bliskość Moherowych Klifów. Taki też był cel naszej wyprawy. Zostawiłyśmy rzeczy w zarezerwowanym Bed & Breakfast, i poszłyśmy do portu - chciałyśmy najpierw zobaczyć słynne klify z poziomu morza, z pokładu statku. Najpierw jednak miałyśmy szansę obserwować przez dłuższą chwilę delfina, który ciekawsko podpływał do nabrzeża w porcie i zaczepiał nurków, którzy akurat wyładowali swój sprzęt z łodzi. Ciekawe czy towarzyszył im też pod wodą? To dopiero musi być spotkanie! 


W porcie wrzało jak w ulu - ciągle przypływały małe łódeczki zabierające pasażerów na pobliskie Wyspy Aran. Jeden ze statków nazywał się - ku uciesze gawiedzi - Wesoła Ladacznica. 


Wreszcie doczekałyśmy się naszej łódki (bez jakiejś znaczącej nazwy) i z całym tłumem turystów władowałyśmy się na pokład. Płynęliśmy wzdłuż brzegu, a klify - z początku majaczące w oddali - robiły się coraz potężniejsze i coraz bardziej majestatyczne. 


Nic dziwnego, że to jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji Irlandii. 


Obejrzeliśmy dokładnie podnóże klifów, trochę nami pokołysało, trochę nas przewiało, ale w końcu szczęśliwie wróciliśmy do portu. Tłum rozszedł się po okolicznych knajpkach, a my z dziewczynami zapakowałyśmy się do Micry i podjechałyśmy jeszcze parę kilometrów od Doolin, na górną krawędź urwiska. 


Stamtąd rozciągał się nie tylko wspaniały widok na linię brzegową, ale również na oddalone o kilka mil od brzegu Wyspy Aran. 


A zaledwie kilka metrów od urwiska pasły się dorodne krowy rasy Angus - my widziałyśmy w nich jednak tylko soczyste steki, które miały wieczorem wylądować na naszych talerzach. 


Nie zważając na krowy, kontynuowałyśmy wycieczkę wzdłóż klifów.


Robiło się coraz później, a ścieżka wzdłuż brzegu wyludniała się, choć kolory robiły się coraz piękniejsze - dzięki zniżającemu się słońcu. Swoim dobrym zwyczajem zrobiłam chyba z tysiąc zdjęć, a z pomocą koleżanek - również siostrzany portret. 


A klify w apogeum kolorów wyglądały tak:


Potem był już tylko romantyczny zachód słońca...


...i spokojny, cicho zapadający zmierzch:


Tak się zasiedziałyśmy na malowniczych klifach, że jak wróciłyśmy do Doolin, to z licznych jadłodajni otwarta była już tylko pizzeria - musiałyśmy zatem zapomnieć o soczystej wołowinie Angus (ta pasła się nadal spokojnie kilka kilometrów opodal). Na szczęście otwarte do późna były lokalne puby -  z muzyką na żywo, lejącym się półkwartami piwem, i tańczącym tradycyjne irlandzkie tańce, podchmielonym na wesoło towarzystwem. 


Następnego ranka, po sutym śniadaniu, ruszyłyśmy z powrotem na północ, tym razem krętą, wąską drogą wzdłuż kamienistego wybrzeża. 


Minęłyśmy Galway i ruszyłyśmy w stronę surowych krajobrazów Connemara. Zatrzymałyśmy się po drodze w dwóch niewielkich zameczkach, by w porze obiadu dotrzeć do Clifden. Posiliłyśmy się trochę (wreszcie wymarzona wołowina!) i ruszyłyśmy dalej "Niebiańską Drogą" - to 12-kilometrowa pętla wzdłuż jednego z licznych tu półwyspów. A z samego cypla znów rozciągał się dość nieziemski widok: 


"Dość" było w ogóle słowem-kluczem tej wyprawy: klify były "dość" malownicze, jedzenie w Clifden "dość" dobre, a towarzystwo "dość" doborowe. 

Po zakrętach "Niebańskiej Drogi" ruszyłyśmy w samo serce Connemary - do opactwa Kylemore. Pomimo słowa "abbey" w nazwie, okazałe zabudowania Kylemore nigdy nie były siedzibą skromnych mnichów. "Opactwo" zostało wybudowane w XIX wieku w fantastycznym neogotyckim stylu przez angielskiego biznesmena Mitchella Henry'ego. Cała sceneria jest dość romantyczna (i znów to "dość", naprawdę towarzyszyło nam przez całą wyprawę):


I jak to w romantyzmie bywa - była i wielka miłość, i wielkie pieniądze, i tragiczny finał. Mitchell wykształcił się na lekarza, został nawet chirurgiem, ale po śmierci ojca porzucił medycyne i zbił fortunę na handlu bawełną (zapewne konkurował z Poznańskim, Scheiblerem i całą resztą fabrykantów z łódzkiej ziemi obiecanej - pochodził z Manchasteru). Tak wzbogacony, wybudował posiadłość dla swojej narzeczonej, Margaret Vaughan. Państwo młodzi spędzili w Kylemore miesiąc miodowy, ale pani Henry zmarła młodo. Mitchell wybudował jeszcze na jej cześć neogotycki kościółek (może to właśnie stąd "opactwo"?), a następnie opuścił Kylemore na zawsze, pozostawiając niebywałe świadectwo swojej miłości. 


My również opuściłyśmy Kylemore i udałyśmy się w drogę powrotną. Do Dublina dotarłyśmy wieczorem, a ja - znużona drogą (a zwłaszcza - lewostronnym ruchem) - padłam jak betka. A następnego dnia już musiałam się z Dusią żegnać i biec do pracy. 

4 komentarze:

  1. Cudne widoki! Marecki obślinił się na widok owoców morza, a Angusy skojarzyły nam się dokładnie tak samo jak Wam:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja pitole te klify faktycznie zapierają dech w piersiach, puby z irlandzką muzyką i pewnie gdzieniegdzie tradycyjną pijacką piosenką irlandzką ze znanym refrenem "Hajdihajdiho" też muszą być klimatyczne. Ehhhh... W ogóle co ja mam zrobić, żeby to co czytam mi nie umykało?? Znaczy w sensie, że jakbym chciał jutro komuś coś opowiedzieć, to nic nie będę pamiętał oprócz zdjęć. Chyba jakiś kurs na czytanie z zapamiętywaniem muszę zrobić o.O.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale niesamowite fotki! i wreszcie Paula na zdjeciach - jak miło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miesięcznik Podróże proponuje: Festiwal ostryg i owoców morza w Galway 27-29.09.2013. Gwoździem programu będą mistrzostwa świata w otwieraniu ostryg. :-))
    A fotka kierowcy w Micrze???
    Dusia

    OdpowiedzUsuń