Zanim ściągnęłam pod koniec miesiąca z Irlandii do ziemi ojczystej, bawiłam na początku września na innej wyspie, Vestvågøya na Lofotach. Na wyjazd zaprosili mnie nurkowi znajomi znad Hańczy, a że zawsze chciałam wrócić kiedyś do Norwegii, nie wahałam się długo.
Lofoty są archipelagiem siedmiu wysp w norweskim Nordlandzie, 100 kilometrów powyżej koła podbiegunowego. Od głównego lądu oddziela je szeroki Vestfjorden (wcinający się w norweskiego "psa" głęboko, aż po Narwik), a od północnego zachodu obmywają fale Morza Norweskiego. Choć wyspy leżą na tak dalekiej północy, temperatury (nawet zimą) są całkiem łagodne. To zasługa Prądu Norweskiego (jednej z odnóg ciepłego golfsztromu), który jest mniej słony niż wody Atlantyku, a na dodatek bogaty w plankton - co ściąga do brzegów Norwegii olbrzymie ławice dorsza, śledzia, makreli czy łososia. Norweskie rybołówstwo jest jednym z największych tego typu przemysłów na świecie.
Ale skończmy na tym lekcję geografii. Zanim dotarłam na wyspy, czekał mnie nocleg w Bodø, z którego wyruszają promy na okoliczne wyspy. Miasteczko to nie tylko port morski, ale również baza NATO, a F-16 patrolujące północno-wschodnie rubieże sojuszu startują z tego samego pasa, na którym wylądował pasażerski boeing, którym przyleciałam z Oslo.
Następnego dnia miałam trochę czasu przed spotkaniem z moją ekipą, zatem wybrałam się na zwiedzanie Bodø. Miasteczko zostało spalone prawie doszczętnie w trakcie II Wojny Światowej, więc zabudowa jest w miarę nowa. Tak jak surowa, betonowa katedra z lat 50-tych. Muszę przyznać, że od czasu wizyty w Brazylii mam sporą słabość do takiego brutalizmu.
Zwiedziłam jeszcze muzeum ziemi nordlandzkiej, pochodziłam po miasteczku i wreszcie udałam się do portu, gdzie znajomi odkorkowali już pierwszą butelkę whiskey w oczekiwaniu na prom. Wypłynęliśmy po 16-tej, by po 4 godzinach dopłynąć do zamglonych brzegów południowej wyspy Moskenesøya. Mgła otaczała ląd ścisłym kordonem - gdy prom w nią wpływał, wyglądało to jakby przekraczał jakąś magiczną granicę. Miałam nadzieję, że nie skończymy jak "Latający Holender" albo "Czarna Perła".
O dziwo, w porcie po mgle nie było ani śladu. Zeszliśmy z promu, a po niedługim czasie przyjechał po nas Daniel - nasz gospodarz i przewodnik. Daniel jest Słowakiem, ale perfekcyjnie mówi po polsku - jego żona Ada jest Polką. Razem prowadzą jedyną na Lofotach bazę nurkową. Do Ballstad była z godzina drogi, dojechaliśmy przed 10-tą, a na dworze jeszcze było w miarę jasno. To pozostałość po letnich białych nocach. We wrześniu każdy dzień jest krótszy od poprzedniego o 8 minut. Zakwaterowaliśmy się w uroczym białym domku nad zatoką i zmęczeni podróżą poszliśmy spać.
Następne dni wyznaczała przyjemna rutyna: pobudka, wspólne śniadanie i briefing przed nurkami.
Daniel opowiadał nam o miejscu, w którym mieliśmy nurkować, rysował plan topograficzny oraz dzielił na podgrupy. Ja nurkowałam z Agą (która jest jeszcze bardziej początkującym nurkiem niż ja) i Danielem, a reszta - stare nurkowe wygi - w przeróżnych konfiguracjach.
Jedną z wyjątkowo pięknych wypraw była wycieczka do Hamnøya, kolejnej urokliwej rybackiej wioseczki, gdzie Daniel ma swoją drugą bazę. Hamnøya leży u ujścia Reinefjorden, który okalany jest strzelistymi szczytami. Panorama, która nas otaczała, zapierała dech w piersiach.
Pierwsze nurkowanie było na wraku, który jest położony na 45m, zatem odrobinę za głęboko dla mnie i Agi. Miałyśmy więc trochę czasu na spacer. Poszłyśmy na drugą stronę portu, by z odległości podziwiać rorbuer - tradycyjne drewniane domki rybaków. Na Lofotach są one zwyczajowo czerwone - dziś malowane farbą, a dawniej tranem wielorybim zmieszanym z krwią. Krzykliwa barwa zimą wyraźnie odcina się od śnieżnego tła i stanowi dobry punkt orientacyjny dla rybaków wracających z morza.
Mnie udało się wydrapać całkiem wysoko, miałam widok zarówno na fiord, jak i na morze.
Nasze nurkowanie też było przepiękne - wokół podwodnej skały obrośniętej kolorowymi ukwiałami, w wielkiej ławicy śledzia atlantyckiego i z płaską flądrą, która wybałuszała na nas swoje i tak już wystające ślepia. A potem wspólnie nurkowaliśmy na rafie arktycznej - nie sądziłam, że w tak zimnej wodzie może rosnąć tak piękny czerwony (a w głębinie - fioletowy) koral.
Inną wyjątkową atrakcją było łowienie ryb. Norwegia jest wyjątkowo droga, a że coś trzeba było jeść, to każdy ochotnik dostał do ręki wędkę, załadowaliśmy się na łódkę (którą nota bene Daniel znalazł na dnie, wyciągnął i odrestaurował), i próbowaliśmy szczęścia. I udało się - złowiliśmy tyle dorsza, makreli, czerniaka, molwy i brosmy, że właściwie przez cały wyjazd jedliśmy rybę. Makrele uwędziliśmy, z czerniaków była zupa, brosmy i molwy usmażyliśmy, a dorsz był wyśmienity na sushi (a właściwie - sashimi). A już zupełną ekstrawagancją były muszle św. Jakuba (czyli przegrzebki) usmażone na maśle z odrobiną czosnku. Przegrzebki były oczywiście wyłowione w trakcie nurkowania. Myślę, że zapotrzebowanie organizmu na kwas omega-3 mam teraz zaspokojone na najbliższe dwa lata.
Nie obyło się i bez atrakcji etnograficzno-kulturalnych: chętni wybrali się do muzeum wikingów w Borg, gdzie można było zwiedzić rekonstrukcję dawnego grodu, zapoznać się z historią, wierzeniami i zwyczajami wikingów, a także wypróbować swych sił przy wiosłach drakkaru - tradycyjnej łodzi wikingów.
Do pełni szczęścia brakowało nam już tylko jednego - zorzy polarnej. Od małego marzyłam o tym, by zobaczyć aurora borealis - babcia opowiadała mi o niezwykłym zjawisku, którego nieraz była świadkiem podczas zsyłki na Syberię. Jednak wrzesień to jeszcze nie sezon na zorze - turyści ściągają z całego świata do północnej Norwegii od listopada do marca, by podziwiać świetlny spektakl. A jednak! Pewnej nocy zielone języki wyszły na niebo nad nad bazą ku naszej uciesze. Chyba ze dwie godziny przeleżeliśmy na kamieniach przed domem, nie czując zimna i podziwiając rozjarzone protony i elektrony tańczące w jonosferze.
W sobotę już nie nurkowaliśmy - większa część ekipy leciała do Warszawy już w niedzielę, trzeba zatem było dać sobie trochę czasu, by nagromadzony we krwi azot opuścił nasze organizmy. Większość spędziła leniwy dzień wylegując się na werandzie w słońcu, a ja wybrałam się na wspinaczkę na jedną z okolicznych gór. Widok na Ballstad wynagrodził trudy wędrówki. U moich stóp leżał port, wioska, fermy łososi...
W pewnym momencie znad morza napłynęła mgła i przewaliła się przez grań przesłaniając mi widok w dół.
Gdy dotarłam na sam szczyt, za moimi plecami wyszło słońce. Spojrzałam na chmury przepływające w dole - mój cień utworzył na nich przedziwne halo, nieszczęsne widmo Brockenu.
Następnego dnia o świcie znów byliśmy na promie, a gdy odbijaliśmy od brzegu wyspa zalana była czerwonym światłem.
Kilka godzin później byliśmy już w Bodø, gdzie pożegnałam się z moją ekipą: oni lecieli do Warszawy, a ja miałam jeszcze cały dzień dla siebie. Poszłam więc na kolejny górski spacer, na Keiservarden (366 m n.p.m.), skąd rozciągał się wspaniały widok na miasteczko, z jego portem i lotniskiem.
Tego wieczora byłam tak zmęczona, że ledwo dopiłam horrendalnie drogie piwo. A 16 godzin później byłam już z powrotem na swojej zielonej wyspie, gdzie w międzyczasie przyszła jesień.
Ehhhh, aż nie wiem co napisać, chciałbym kiedyś na własne oczy obejrzeć te widoki, no i nasycić się widokiem zorzy polarnej...
OdpowiedzUsuńBoro, no koniecznie! Kiedy robisz kurs? Bo ja coś nie widzę, żeby ten Twój plan się sam zrealizował...
UsuńPaula - zdjecia super (tam jest pieknie!!!), jestem pod wrazeniem Twoich umiejetnosci nurka i lowczych (patrze zdjecie ryb). Nie martw sie widmem Brockenu - to tylko gusla :)
OdpowiedzUsuńNoooo... Gusła mówią, że ten kto zobaczył widmo Brockenu - znajdzie śmierć w górach. Natomiast kto zobaczy widmo trzy razy - temu góry będą sprzyjały.
Usuń34 year-old Librarian Valery Blasi, hailing from Shediac enjoys watching movies like Analyze This and hobby. Took a trip to Historic Fortified Town of Campeche and drives a Alfa Romeo 6C 2500 Competizione. Kliknij ten link
OdpowiedzUsuń