sobota, 21 września 2013

Paquita na zimnej wyspie - Lofoty

Zanim ściągnęłam pod koniec miesiąca z Irlandii do ziemi ojczystej, bawiłam na początku września na innej wyspie, Vestvågøya na Lofotach. Na wyjazd zaprosili mnie nurkowi znajomi znad Hańczy, a że zawsze chciałam wrócić kiedyś do Norwegii, nie wahałam się długo. 

Lofoty są archipelagiem siedmiu wysp w norweskim Nordlandzie, 100 kilometrów powyżej koła podbiegunowego. Od głównego lądu oddziela je szeroki Vestfjorden (wcinający się w norweskiego "psa" głęboko, aż po Narwik), a od północnego zachodu obmywają fale Morza Norweskiego. Choć wyspy leżą na tak dalekiej północy, temperatury (nawet zimą) są całkiem łagodne. To zasługa Prądu Norweskiego (jednej z odnóg ciepłego golfsztromu), który jest mniej słony niż wody Atlantyku, a na dodatek bogaty w plankton - co ściąga do brzegów Norwegii olbrzymie ławice dorsza, śledzia, makreli czy łososia. Norweskie rybołówstwo jest jednym z największych tego typu przemysłów na świecie.



Ale skończmy na tym lekcję geografii. Zanim dotarłam na wyspy, czekał mnie nocleg w Bodø, z którego wyruszają promy na okoliczne wyspy. Miasteczko to nie tylko port morski, ale również baza NATO, a F-16 patrolujące północno-wschodnie rubieże sojuszu startują z tego samego pasa, na którym wylądował pasażerski boeing, którym przyleciałam z Oslo. 

Następnego dnia miałam trochę czasu przed spotkaniem z moją ekipą, zatem wybrałam się na zwiedzanie Bodø. Miasteczko zostało spalone prawie doszczętnie w trakcie II Wojny Światowej, więc zabudowa jest w miarę nowa. Tak jak surowa, betonowa katedra z lat 50-tych. Muszę przyznać, że od czasu wizyty w Brazylii mam sporą słabość do takiego brutalizmu. 

Zwiedziłam jeszcze muzeum ziemi nordlandzkiej, pochodziłam po miasteczku i wreszcie udałam się do portu, gdzie znajomi odkorkowali już pierwszą butelkę whiskey w oczekiwaniu na prom. Wypłynęliśmy po 16-tej, by po 4 godzinach dopłynąć do zamglonych brzegów południowej wyspy Moskenesøya. Mgła otaczała ląd ścisłym kordonem - gdy prom w nią wpływał, wyglądało to jakby przekraczał jakąś magiczną granicę. Miałam nadzieję, że nie skończymy jak "Latający Holender" albo "Czarna Perła". 

O dziwo, w porcie po mgle nie było ani śladu. Zeszliśmy z promu, a po niedługim czasie przyjechał po nas Daniel - nasz gospodarz i przewodnik. Daniel jest Słowakiem, ale perfekcyjnie mówi po polsku - jego żona Ada jest Polką. Razem prowadzą jedyną na Lofotach bazę nurkową. Do Ballstad była z godzina drogi, dojechaliśmy przed 10-tą, a na dworze jeszcze było w miarę jasno. To pozostałość po letnich białych nocach. We wrześniu każdy dzień jest krótszy od poprzedniego o 8 minut. Zakwaterowaliśmy się w uroczym białym domku nad zatoką i zmęczeni podróżą poszliśmy spać. 

Następne dni wyznaczała przyjemna rutyna: pobudka, wspólne śniadanie i briefing przed nurkami. 

Daniel opowiadał nam o miejscu, w którym mieliśmy nurkować, rysował plan topograficzny oraz dzielił na podgrupy. Ja nurkowałam z Agą (która jest jeszcze bardziej początkującym nurkiem niż ja) i Danielem, a reszta - stare nurkowe wygi - w przeróżnych konfiguracjach. 

Jedną z wyjątkowo pięknych wypraw była wycieczka do Hamnøya, kolejnej urokliwej rybackiej wioseczki, gdzie Daniel ma swoją drugą bazę. Hamnøya leży u ujścia Reinefjorden, który okalany jest strzelistymi szczytami. Panorama, która nas otaczała, zapierała dech w piersiach. 

Pierwsze nurkowanie było na wraku, który jest położony na 45m, zatem odrobinę za głęboko dla mnie i Agi. Miałyśmy więc trochę czasu na spacer. Poszłyśmy na drugą stronę portu, by z odległości podziwiać rorbuer - tradycyjne drewniane domki rybaków. Na Lofotach są one zwyczajowo czerwone - dziś malowane farbą, a dawniej tranem wielorybim zmieszanym z krwią. Krzykliwa barwa zimą wyraźnie odcina się od śnieżnego tła i stanowi dobry punkt orientacyjny dla rybaków wracających z morza. 


Mnie udało się wydrapać całkiem wysoko, miałam widok zarówno na fiord, jak i na morze.

Nasze nurkowanie też było przepiękne - wokół podwodnej skały obrośniętej kolorowymi ukwiałami, w wielkiej ławicy śledzia atlantyckiego i z płaską flądrą, która wybałuszała na nas swoje i tak już wystające ślepia. A potem wspólnie nurkowaliśmy na rafie arktycznej - nie sądziłam, że w tak zimnej wodzie może rosnąć tak piękny czerwony (a w głębinie - fioletowy) koral. 

Inną wyjątkową atrakcją było łowienie ryb. Norwegia jest wyjątkowo droga, a że coś trzeba było jeść, to każdy ochotnik dostał do ręki wędkę, załadowaliśmy się na łódkę (którą nota bene Daniel znalazł na dnie, wyciągnął i odrestaurował), i próbowaliśmy szczęścia. I udało się - złowiliśmy tyle dorsza, makreli, czerniaka, molwy i brosmy, że właściwie przez cały wyjazd jedliśmy rybę. Makrele uwędziliśmy, z czerniaków była zupa, brosmy i molwy usmażyliśmy, a dorsz był wyśmienity na sushi (a właściwie - sashimi). A już zupełną ekstrawagancją były muszle św. Jakuba (czyli przegrzebki) usmażone na maśle z odrobiną czosnku. Przegrzebki były oczywiście wyłowione w trakcie nurkowania. Myślę, że zapotrzebowanie organizmu na kwas omega-3 mam teraz zaspokojone na najbliższe dwa lata. 

Nie obyło się i bez atrakcji etnograficzno-kulturalnych: chętni wybrali się do muzeum wikingów w Borg, gdzie można było zwiedzić rekonstrukcję dawnego grodu, zapoznać się z historią, wierzeniami i zwyczajami wikingów, a także wypróbować swych sił przy wiosłach drakkaru - tradycyjnej łodzi wikingów.

Do pełni szczęścia brakowało nam już tylko jednego - zorzy polarnej. Od małego marzyłam o tym, by zobaczyć aurora borealis - babcia opowiadała mi o niezwykłym zjawisku, którego nieraz była świadkiem podczas zsyłki na Syberię. Jednak wrzesień to jeszcze nie sezon na zorze - turyści ściągają z całego świata do północnej Norwegii od listopada do marca, by podziwiać świetlny spektakl. A jednak! Pewnej nocy zielone języki wyszły na niebo nad nad bazą ku naszej uciesze. Chyba ze dwie godziny przeleżeliśmy na kamieniach przed domem, nie czując zimna i podziwiając rozjarzone protony i elektrony tańczące w jonosferze. 

W sobotę już nie nurkowaliśmy - większa część ekipy leciała do Warszawy już w niedzielę, trzeba zatem było dać sobie trochę czasu, by nagromadzony we krwi azot opuścił nasze organizmy. Większość spędziła leniwy dzień wylegując się na werandzie w słońcu, a ja wybrałam się na wspinaczkę na jedną z okolicznych gór. Widok na Ballstad wynagrodził trudy wędrówki. U moich stóp leżał port, wioska, fermy łososi...


W pewnym momencie znad morza napłynęła mgła i przewaliła się przez grań przesłaniając mi widok w dół. 

Gdy dotarłam na sam szczyt, za moimi plecami wyszło słońce. Spojrzałam na chmury przepływające w dole - mój cień utworzył na nich przedziwne halo, nieszczęsne widmo Brockenu. 

Następnego dnia o świcie znów byliśmy na promie, a gdy odbijaliśmy od brzegu wyspa zalana była czerwonym światłem. 

Kilka godzin później byliśmy już w Bodø, gdzie pożegnałam się z moją ekipą: oni lecieli do Warszawy, a ja miałam jeszcze cały dzień dla siebie. Poszłam więc na kolejny górski spacer, na Keiservarden (366 m n.p.m.), skąd rozciągał się wspaniały widok na miasteczko, z jego portem i lotniskiem. 

Tego wieczora byłam tak zmęczona, że ledwo dopiłam horrendalnie drogie piwo. A 16 godzin później byłam już z powrotem na swojej zielonej wyspie, gdzie w międzyczasie przyszła jesień. 


wtorek, 27 sierpnia 2013

Rodzinny sierpień - Moherowe Klify i Connemara

Po intelektualnych atrakcjach Dublina, wybrałyśmy się z Duśką na zachodnie wybrzeże. W wyprawie towarzyszyły nam dwie znajome - moja koleżanka z pracy oraz koleżanka koleżanki. Jednym słowem - dziewczyński wypad. Z Dublina wzięłyśmy auto i ruszyłyśmy na Zachód. W dwa dni zrobiłyśmy w sumie 750 km.



Na początku zatrzymałyśmy się na zwiedzanie i obiad w Galway. To urocze miasteczko, według przewodnika Lonely Planet "najbardziej irlandzkie z irlandzkich miast". Ponoć również najbardziej deszczowe, ale nam - na szczęście - nie było dane tego doświadczyć, pogoda była piękna. Nazwa miasteczka pochodzi od irlandzkiego słowa gaill, które oznacza tyle co "obcy" lub "cudzoziemcy", a odnosi się do historii Gallway, które urosło w siłę w XIII wieku, gdy na wyspę przybyli Anglonormanowie. 


Pochodziłyśmy po średniowiecznych, ludnych uliczkach, zajrzałyśmy do portu i znalazłyśmy knajpkę na lunch - bez owoców morza się nie obeszło.


Następnie ruszyłyśmy w dalszą drogę, do Doolin, w hrabstwie Clare. Ta niewielka wioseczka jest nawiedzana przez rzesze turystów, ze względu na bliskość Moherowych Klifów. Taki też był cel naszej wyprawy. Zostawiłyśmy rzeczy w zarezerwowanym Bed & Breakfast, i poszłyśmy do portu - chciałyśmy najpierw zobaczyć słynne klify z poziomu morza, z pokładu statku. Najpierw jednak miałyśmy szansę obserwować przez dłuższą chwilę delfina, który ciekawsko podpływał do nabrzeża w porcie i zaczepiał nurków, którzy akurat wyładowali swój sprzęt z łodzi. Ciekawe czy towarzyszył im też pod wodą? To dopiero musi być spotkanie! 


W porcie wrzało jak w ulu - ciągle przypływały małe łódeczki zabierające pasażerów na pobliskie Wyspy Aran. Jeden ze statków nazywał się - ku uciesze gawiedzi - Wesoła Ladacznica. 


Wreszcie doczekałyśmy się naszej łódki (bez jakiejś znaczącej nazwy) i z całym tłumem turystów władowałyśmy się na pokład. Płynęliśmy wzdłuż brzegu, a klify - z początku majaczące w oddali - robiły się coraz potężniejsze i coraz bardziej majestatyczne. 


Nic dziwnego, że to jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji Irlandii. 


Obejrzeliśmy dokładnie podnóże klifów, trochę nami pokołysało, trochę nas przewiało, ale w końcu szczęśliwie wróciliśmy do portu. Tłum rozszedł się po okolicznych knajpkach, a my z dziewczynami zapakowałyśmy się do Micry i podjechałyśmy jeszcze parę kilometrów od Doolin, na górną krawędź urwiska. 


Stamtąd rozciągał się nie tylko wspaniały widok na linię brzegową, ale również na oddalone o kilka mil od brzegu Wyspy Aran. 


A zaledwie kilka metrów od urwiska pasły się dorodne krowy rasy Angus - my widziałyśmy w nich jednak tylko soczyste steki, które miały wieczorem wylądować na naszych talerzach. 


Nie zważając na krowy, kontynuowałyśmy wycieczkę wzdłóż klifów.


Robiło się coraz później, a ścieżka wzdłuż brzegu wyludniała się, choć kolory robiły się coraz piękniejsze - dzięki zniżającemu się słońcu. Swoim dobrym zwyczajem zrobiłam chyba z tysiąc zdjęć, a z pomocą koleżanek - również siostrzany portret. 


A klify w apogeum kolorów wyglądały tak:


Potem był już tylko romantyczny zachód słońca...


...i spokojny, cicho zapadający zmierzch:


Tak się zasiedziałyśmy na malowniczych klifach, że jak wróciłyśmy do Doolin, to z licznych jadłodajni otwarta była już tylko pizzeria - musiałyśmy zatem zapomnieć o soczystej wołowinie Angus (ta pasła się nadal spokojnie kilka kilometrów opodal). Na szczęście otwarte do późna były lokalne puby -  z muzyką na żywo, lejącym się półkwartami piwem, i tańczącym tradycyjne irlandzkie tańce, podchmielonym na wesoło towarzystwem. 


Następnego ranka, po sutym śniadaniu, ruszyłyśmy z powrotem na północ, tym razem krętą, wąską drogą wzdłuż kamienistego wybrzeża. 


Minęłyśmy Galway i ruszyłyśmy w stronę surowych krajobrazów Connemara. Zatrzymałyśmy się po drodze w dwóch niewielkich zameczkach, by w porze obiadu dotrzeć do Clifden. Posiliłyśmy się trochę (wreszcie wymarzona wołowina!) i ruszyłyśmy dalej "Niebiańską Drogą" - to 12-kilometrowa pętla wzdłuż jednego z licznych tu półwyspów. A z samego cypla znów rozciągał się dość nieziemski widok: 


"Dość" było w ogóle słowem-kluczem tej wyprawy: klify były "dość" malownicze, jedzenie w Clifden "dość" dobre, a towarzystwo "dość" doborowe. 

Po zakrętach "Niebańskiej Drogi" ruszyłyśmy w samo serce Connemary - do opactwa Kylemore. Pomimo słowa "abbey" w nazwie, okazałe zabudowania Kylemore nigdy nie były siedzibą skromnych mnichów. "Opactwo" zostało wybudowane w XIX wieku w fantastycznym neogotyckim stylu przez angielskiego biznesmena Mitchella Henry'ego. Cała sceneria jest dość romantyczna (i znów to "dość", naprawdę towarzyszyło nam przez całą wyprawę):


I jak to w romantyzmie bywa - była i wielka miłość, i wielkie pieniądze, i tragiczny finał. Mitchell wykształcił się na lekarza, został nawet chirurgiem, ale po śmierci ojca porzucił medycyne i zbił fortunę na handlu bawełną (zapewne konkurował z Poznańskim, Scheiblerem i całą resztą fabrykantów z łódzkiej ziemi obiecanej - pochodził z Manchasteru). Tak wzbogacony, wybudował posiadłość dla swojej narzeczonej, Margaret Vaughan. Państwo młodzi spędzili w Kylemore miesiąc miodowy, ale pani Henry zmarła młodo. Mitchell wybudował jeszcze na jej cześć neogotycki kościółek (może to właśnie stąd "opactwo"?), a następnie opuścił Kylemore na zawsze, pozostawiając niebywałe świadectwo swojej miłości. 


My również opuściłyśmy Kylemore i udałyśmy się w drogę powrotną. Do Dublina dotarłyśmy wieczorem, a ja - znużona drogą (a zwłaszcza - lewostronnym ruchem) - padłam jak betka. A następnego dnia już musiałam się z Dusią żegnać i biec do pracy.