sobota, 27 lipca 2013

Glendalough, samotnia w górach

Ostatnio wychwalałam tutejsze lato, więc oczywiście doczekałam się: ostatnie dwa dni to burze (choć podobno grzmoty i pioruny to tutaj rzadkość) i ulewy. Dziś w połowie dnia otwarło się niebo i lało tak, że podtopiło nam stołówkę w pracy. Weekend i kolejne dni też ponoć mają być takie:


Zatem ochoczo wracam myślą do jednej z poprzednich niedziel, gdy temperatura sięgała prawie 30 stopni, a po niebie przemykały zaledwie pojedyncze chmury. Razem z dwiema koleżankami z pracy postanowiłyśmy wybrać się w góry Wicklow, oddalone zaledwie godzinę drogi od Dublina. Niby niedaleko, ale porządnego dojazdu autobusem lub pociągiem nie ma, zatem pozostało nam jedno - wypożyczenie auta. Niby nic, a jednak: kierownica Yariski o prawej stronie, a jazda - po lewej. Szybko udało mi się przyzwyczaić do samego ruchu po lewej stronie, jedyne co czasem sprawiało mi kłopoty, to pamiętanie o tym, że biegi zmieniam nie prawą, a lewą ręką. Całe szczęście gaz, hamulec i sprzęgło są w tradycyjnym ułożeniu, bo inaczej mogło to już być za wiele na raz do ogarnięcia.

Odebrałam dziewczyny spod pracy i ruszyłyśmy na południe od miasta, do miejscowości Glendalough. 

Glendalough (a właściwie Gleann dá Loch, czyli Dolina Dwóch Jezior) to ponoć jeden z najpiękniejszych zakątków Irlandii. Pozostałości średniowiecznego klasztoru położone są na dnie doliny, w otoczeniu dwóch przepięknych polodowcowych jezior.

Gdzieś pod koniec V wieku w poszukiwaniu ciszy i spokoju do (wtenczas) odludnej doliny przybył młody mnich, Kevin. Legenda głosi, że anioł doprowadził go do wydrążonego w zboczu góry grobowca z epoki brązu, który przez kolejne lata służył mu za pustelnię. Ascetyczny tryb życia oraz iście franciszkańskie braterstwo z przyrodą sprawiły, że po jakimś czasie wokół Kevina zgromadziła się grupa uczniów - razem założyli oni klasztor, który przez wieki urósł do najznaczniejszego w Irlandii. Sam Kevin dożył sędziwego wieku 120 lat, a na początku XX wieku został kanonizowany.

Do dnia dzisiejszego przetrwały zabudowania kościelne oraz wieża - z X wieku, otoczone całkiem współczesnym cmentarzem.




Dawna pustelnia świętego Kevina jest obecnie popularnym miejscem weekendowych wypadów Dublińczyków. Jednak niewielu decyduje się na wspinaczkę stromym zboczem otaczających dolinę gór. A szkoda, bo widoki są przepiękne, a trasa - świetnie, choć nietypowo, utrzymana.


Po pokonaniu znacznego przewyższenia, oczom strudzonego wędrowca ukazuje się przepiękny widok na położone w dolinie jeziora.


Mnie ten widok trochę przypominał Kocioł Małego Stawu w Karkonoszach, tylko Samotni brak.


Cała wycieczka zajęła nam kilka godzin, a przeszłyśmy kilkanaście kilometrów.


Po górskich przygodach podjechałyśmy do miasteczka Enniskerry, gdzie w lokalnej restauracyjce zaspokoiłyśmy głód.

Do Dublina wróciłyśmy wczesnym wieczorem, a ja odstawiłam auto i w sam raz zdążyłam na koncert Mumford & Sons w parku Phoenix (to największy park miejski w Europie). Bilet kupiłam cudem u konika, bo koncert od dawna był już wyprzedany. Żywiołowa angielska kapela porwała irlandzką publiczność, a ja musiałam uważać, żeby mnie tłum nie zdeptał przy okazji tańców i hulańców.



Panowie zakończyli koncert bardzo ładnie, bo wykonaniem tradycyjnej irlandzkiej piosenki Galway Girl w towarzystwie swoich gości, w tym irlandzkiego supportu. Publika oczywiście oszalała. A ja uznałam, że lato w Dublinie nie jest złe.

wtorek, 23 lipca 2013

Zielono mi

Minął już ponad miesiąc od początków mojej emigracji, czas najwyższy dokonać pierwszych pisemnych podsumowań.  


Po pierwsze - pogoda. Jest niesamowita! 


Przyjeżdżając tutaj nastawiałam się na to, że w tym roku lata już nie doświadczę. Ze słońcem i ciepłem pożegnałam się w czerwcu na Suwalszczyźnie, znając dublińską pogodę i z własnego doświadczenia (przy okazji poprzednich wizyt), i z opowieści (a raczej narzekań) znajomych. Otóż - zazwyczaj nie ma tu wyraźnych pór roku, 12 stopni i deszcz to norma zarówno w lipcu, jak i w listopadzie. A porywczy wiatr powoduje, że deszcz pada we wszystkie strony. Tak, od dołu do góry również. 

Jednak teraz jest inaczej. Już od miesiąca temperatura utrzymuje się powyżej 20 stopni (nieraz sięgając niebotycznych 27). Wystarczy powiedzieć, że suma opadów w lipcu w Dublinie to - na chwilę obecną - 6.2 mm, w porównaniu do zeszłorocznych 98.3 mm. Nawet jeśli teraz, w ostatnim tygodniu, otworzy się niebo (a rzeczywiście zanosi się na opady), to raczej do wyniku z 2012 trudno będzie dobić. Także trwa narodowy karnawał dobrej pogody - wszyscy o tym mówią, wszyscy w poniedziałki przychodzą do pracy spaleni na piękny róż (tak, ja też), a młodzież dostaje małpiego rozumu, jak na poniższym filmie. To trochę jakby u nas dzieciaki w upały skakały z Mostu Grunwaldzkiego do Odry, brrr. 


Dla mnie tymczasem każdy powrót do pracy to trochę święto - jadę wzdłuż kanału piękną cienistą aleją, oszałamiająco pachną lipy, a ludzie wypoczywają na brzegu lub na barkach przemienionych w restauracje. Czy tak wygląda Dublin?




Po drugie - mieszkanie. Ciągle jeszcze tymczasowe, na pierwsze trzy miesiące. Ale za to z klasą, w starym (aczkolwiek odnowionym) gregoriańskim domu, w centrum Dublina (przy okazji polecam nowe Mapy, jeśli ktoś jeszcze nie spróbował): 


Portier, sprzątanie, podziemny garaż - wszystko to w pakiecie. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej - bo jak przejdę na własne utrzymanie, to na takie lokum z pewnością nie będę mogła sobie pozwolić. A człowiek, jak wiadomo, szybko przyzwyczaja się do luksusu. 


Po trzecie - środek transportu. Z wielkim żalem zostawiłam we Wrocławiu moją Fokę (w dobrych rękach, ale jednak żal) - transport auta i przystosowanie do lewostronnego ruchu w żaden sposób mi się nie kalkulowało. Obecnie mieszkam jakieś dwa kilometry od biura, 20-25 minut marszu, niby nic, ale rano (zwłaszcza jak człowiek zaśpi), to było dość frustrujące. Starałam się na początku korzystać z sieci rowerów miejskich (wzorem niektórych znajomych z Wrocławia), ale akurat w okolicy pracy jest krucho ze stacjami, więc kombinowałam - trochę jazdy, trochę marszu. 

Szybko postanowiłam więc nabyć rower - nic wymyślnego i nic drogiego (ponoć kradną), coś w sam raz na dojazdy. Znajoma z pracy poleciła mi fundację Rothar, która w ramach wolontariatu przywraca stare rowery lokalnej społeczności. A przy okazji tworzy szanse pracy dla młodzieży z tzw. marginesu. Zatem połączyłam przyjemne z pożytecznym i udałam się do warsztatu na obrzeżach miasta. Tam spośród całego morza starych, zardzewiałych ram wyłowiłam tę, która wydała mi się słuszna, a po tygodniu mogłam odebrać skręcony rower:


Jeździ, ma hamulce, koszyk i nawet kilka przerzutek (piszę kilka, bo trudno określić ile dokładnie). Światła dokupiłam. I jest damką! Pierwszy raz od lat mogę spokojnie wsiąść na rower w sukience. 


Z mniej ekscytujących (a jednak ważnych) rzeczy: zarejestrowałam się w urzędzie podatkowym, zdobyłam ichniejszy PESEL, założyłam konto w banku, a nawet zapisałam się na basen (co prawda u nas w biurze właśnie otworzyli 25-metrowy basen, ale jakoś nie pałam chęcią oglądania swoich współpracowników w kąpielówkach...). Dublińskie życie rozpoczęte.