Ostatnio wychwalałam tutejsze lato, więc oczywiście doczekałam się: ostatnie dwa dni to burze (choć podobno grzmoty i pioruny to tutaj rzadkość) i ulewy. Dziś w połowie dnia otwarło się niebo i lało tak, że podtopiło nam stołówkę w pracy. Weekend i kolejne dni też ponoć mają być takie:
Zatem ochoczo wracam myślą do jednej z poprzednich niedziel, gdy temperatura sięgała prawie 30 stopni, a po niebie przemykały zaledwie pojedyncze chmury. Razem z dwiema koleżankami z pracy postanowiłyśmy wybrać się w góry Wicklow, oddalone zaledwie godzinę drogi od Dublina. Niby niedaleko, ale porządnego dojazdu autobusem lub pociągiem nie ma, zatem pozostało nam jedno - wypożyczenie auta. Niby nic, a jednak: kierownica Yariski o prawej stronie, a jazda - po lewej. Szybko udało mi się przyzwyczaić do samego ruchu po lewej stronie, jedyne co czasem sprawiało mi kłopoty, to pamiętanie o tym, że biegi zmieniam nie prawą, a lewą ręką. Całe szczęście gaz, hamulec i sprzęgło są w tradycyjnym ułożeniu, bo inaczej mogło to już być za wiele na raz do ogarnięcia.
Odebrałam dziewczyny spod pracy i ruszyłyśmy na południe od miasta, do miejscowości Glendalough.
Odebrałam dziewczyny spod pracy i ruszyłyśmy na południe od miasta, do miejscowości Glendalough.
Glendalough (a właściwie Gleann dá Loch, czyli Dolina Dwóch Jezior) to ponoć jeden z najpiękniejszych zakątków Irlandii. Pozostałości średniowiecznego klasztoru położone są na dnie doliny, w otoczeniu dwóch przepięknych polodowcowych jezior.
Gdzieś pod koniec V wieku w poszukiwaniu ciszy i spokoju do (wtenczas) odludnej doliny przybył młody mnich, Kevin. Legenda głosi, że anioł doprowadził go do wydrążonego w zboczu góry grobowca z epoki brązu, który przez kolejne lata służył mu za pustelnię. Ascetyczny tryb życia oraz iście franciszkańskie braterstwo z przyrodą sprawiły, że po jakimś czasie wokół Kevina zgromadziła się grupa uczniów - razem założyli oni klasztor, który przez wieki urósł do najznaczniejszego w Irlandii. Sam Kevin dożył sędziwego wieku 120 lat, a na początku XX wieku został kanonizowany.
Do dnia dzisiejszego przetrwały zabudowania kościelne oraz wieża - z X wieku, otoczone całkiem współczesnym cmentarzem.
Dawna pustelnia świętego Kevina jest obecnie popularnym miejscem weekendowych wypadów Dublińczyków. Jednak niewielu decyduje się na wspinaczkę stromym zboczem otaczających dolinę gór. A szkoda, bo widoki są przepiękne, a trasa - świetnie, choć nietypowo, utrzymana.
Po pokonaniu znacznego przewyższenia, oczom strudzonego wędrowca ukazuje się przepiękny widok na położone w dolinie jeziora.
Mnie ten widok trochę przypominał Kocioł Małego Stawu w Karkonoszach, tylko Samotni brak.
Cała wycieczka zajęła nam kilka godzin, a przeszłyśmy kilkanaście kilometrów.
Po górskich przygodach podjechałyśmy do miasteczka Enniskerry, gdzie w lokalnej restauracyjce zaspokoiłyśmy głód.
Do Dublina wróciłyśmy wczesnym wieczorem, a ja odstawiłam auto i w sam raz zdążyłam na koncert Mumford & Sons w parku Phoenix (to największy park miejski w Europie). Bilet kupiłam cudem u konika, bo koncert od dawna był już wyprzedany. Żywiołowa angielska kapela porwała irlandzką publiczność, a ja musiałam uważać, żeby mnie tłum nie zdeptał przy okazji tańców i hulańców.
Panowie zakończyli koncert bardzo ładnie, bo wykonaniem tradycyjnej irlandzkiej piosenki Galway Girl w towarzystwie swoich gości, w tym irlandzkiego supportu. Publika oczywiście oszalała. A ja uznałam, że lato w Dublinie nie jest złe.
Gdzieś pod koniec V wieku w poszukiwaniu ciszy i spokoju do (wtenczas) odludnej doliny przybył młody mnich, Kevin. Legenda głosi, że anioł doprowadził go do wydrążonego w zboczu góry grobowca z epoki brązu, który przez kolejne lata służył mu za pustelnię. Ascetyczny tryb życia oraz iście franciszkańskie braterstwo z przyrodą sprawiły, że po jakimś czasie wokół Kevina zgromadziła się grupa uczniów - razem założyli oni klasztor, który przez wieki urósł do najznaczniejszego w Irlandii. Sam Kevin dożył sędziwego wieku 120 lat, a na początku XX wieku został kanonizowany.
Do dnia dzisiejszego przetrwały zabudowania kościelne oraz wieża - z X wieku, otoczone całkiem współczesnym cmentarzem.
Dawna pustelnia świętego Kevina jest obecnie popularnym miejscem weekendowych wypadów Dublińczyków. Jednak niewielu decyduje się na wspinaczkę stromym zboczem otaczających dolinę gór. A szkoda, bo widoki są przepiękne, a trasa - świetnie, choć nietypowo, utrzymana.
Po pokonaniu znacznego przewyższenia, oczom strudzonego wędrowca ukazuje się przepiękny widok na położone w dolinie jeziora.
Mnie ten widok trochę przypominał Kocioł Małego Stawu w Karkonoszach, tylko Samotni brak.
Cała wycieczka zajęła nam kilka godzin, a przeszłyśmy kilkanaście kilometrów.
Po górskich przygodach podjechałyśmy do miasteczka Enniskerry, gdzie w lokalnej restauracyjce zaspokoiłyśmy głód.
Do Dublina wróciłyśmy wczesnym wieczorem, a ja odstawiłam auto i w sam raz zdążyłam na koncert Mumford & Sons w parku Phoenix (to największy park miejski w Europie). Bilet kupiłam cudem u konika, bo koncert od dawna był już wyprzedany. Żywiołowa angielska kapela porwała irlandzką publiczność, a ja musiałam uważać, żeby mnie tłum nie zdeptał przy okazji tańców i hulańców.
Panowie zakończyli koncert bardzo ładnie, bo wykonaniem tradycyjnej irlandzkiej piosenki Galway Girl w towarzystwie swoich gości, w tym irlandzkiego supportu. Publika oczywiście oszalała. A ja uznałam, że lato w Dublinie nie jest złe.





